16 sie 2011

Drożyzna i brak smaku

Do tego wpisu zdopingowała mnie wizyta w pewnym przybytku gastronomicznym, jakich wiele działających w sezonie. Ten akurat - w jednej z miejscowości leżącej nad Zalewem Szczecińskim. Doświadczenie w nim zdobyte nie jest niczym wyjątkowym. Może zabrzmi to zniechęcająco - ale tak bywa w sporej części tego rodzaju punktów. A może i w większości.

Zamówiliśmy sobie dorsza z frytkami i surówką. Filet średniej wielkości. Frytek dość skromnie, i co lepsza - odmierzone co do grama. Gdy wyszło na wadze więcej, antypatyczna panienka odjęła sztuk - jeden. Surówka z kiszonej kapusty na trzy rzuty widelcem. Wszystko ok. 23 zł. Konsumpcja tej głodowej racji zajęła chwilę moment. I dla porównania świeże doświadczenie urlopowe w jednym z krajów Europy Środkowej - za tę cenę człowiek dostawał pełen talerz regionalnego, pysznego dania, i odchodził od stołu najedzony, zadowolony, szczęśliwy.

Rozumiem, że w pasie nadmorskim, czy nad jeziorami, ceny w Polsce są wysokie. Lato u nas niepewne. Bywa krótkie. By zarobić na cały rok, stawki za usługi muszą to zapewnić. OK, gdyby za tym jeszcze szło staranie o jakość, o różnorodność, o estetykę, o koloryt. Niestety. Cel polskiego sezonowego gastronomika jest jeden - zarobić jak najwięcej, w jak najprostszy sposób. Wywalić kebaba, zatopić frytki we fryturze, podać pangę. Kto był na zachodzie, lub chyba gdziekolwiek indziej poza Polską, ten wie, jakie to jest żenujące uczucie, gdy skąpy prywaciarz odmierza co do grama i tak nędzne jedzenie, wyprodukowane z najtańszych półproduktów zakupionych w dyskontach. A ostatni raport Sanepidu nt. jakości usług świadczących przez te przybytki jest na tyle miażdżący, by bez zastanawiania się omijać większość z nich.

Nie żal mi więc biadolących przed telewizyjną kamerą prywaciarzy, narzekających na niepogodę. Bo mało któremu zależy na tym, by klient odszedł ze smakiem, kierując się tylko własnym zyskiem. Przesadzona teza? Porozmawiajcie o zarobkach i warunkach pracy z młodzieżą, która zatrudnia się latem w nadmorskich jadłodajniach i fastfoodach... Albo o tym jakie czary-mary wykonuje się z tych półproduktów...

Żal mi tylko gustów Polaków, którzy przyjeżdżając na Pomorze nie zadają sobie trudu poszukiwania dobrego jedzenia, regionalnego jedzenia, tylko decydują się na parówy, kebaby i ryby z chińskich hodowli.

Szukajcie dobrych punktów gastronomicznych, ze smaczną kuchnią!

1 komentarze:

  1. Też się zastanawiam, jaki trzeba mieć charakter i przyzwyczajenia aby akceptować takie dziadostwo połączone z potworną drożyzną.

    OdpowiedzUsuń na zawsze